Kolejny dzień, budzą mnie dźwięki ulicy i pokrzykiwania w coraz bardziej swojskim języku. Powoli wychodzę ze snu wypełnionego przebłyskami z lotu i pierwszych wrażeń z nowego miasta. Przyzwyczajam się do życia w kucki, jedyny mebel w pokoju to stoliczek ledwo co wystający nad podłogę, przy którym zawzięcie klepie w laptop’a. Dziś ma być pracowity dzień zwiedzania więc szybko wstaje i szykuje się do wyjścia.
Wycieczkę zaczynamy od solidnego śniadania w ulubionej piekarni Marsa. Wszystko smaczne i świeże, trochę inaczej przyprawione niż przywykłem, pieczywo czosnkowe wręcz idealne. Czas ruszyć do centrum, a przynajmniej jednego z wielu centrów tego wielkiego miasta. Pierwszy przystanek – Akihabara, mekka geek’ow i nerdów, królestwo gadżetów elektronicznych. Po krótkim pobycie i kilku zakupach, z mocnym postanowieniem powrotu, udajemy się w dalszą drogę.
Wszędzie poruszamy się metrem lub pociągami na estakadach. Wrażenie wielopiętrowości Tokyo jest przytłaczające. Plątanina tarasów, kładek i schodów z wysokości górujących nad tym wszystkim torów jest fascynująca. Pociągiem udajemy się na Odaibę – sztuczną wyspę, jakże inną od reszty Tokyo. Duże ogrody, kompleksy muzealne, centra konferencyjne i duże, ciekawe architektonicznie bloki mieszkalne tworzą atmosferę elitarności. Wybrzeże i deptak biegnący dookoła wyspy stanowi wyraźnie popularne miejsce na randki i spacery zakochanych, gdyż ciągle natykamy się na zajęte sobą pary spacerujące tam i z powrotem, lub siedzące po prostu na ławkach. Dominującym widokiem jest poszarpana i rozświetlona panorama Tokyo upstrzona wieżami bloków i nigdy nie zasypiający port, w którym olbrzymie dźwigi bezustannie pracują przy kontenerowcach z całego świata.
Po dłuższym spacerze nadszedł czas na jedzenie. Wybraliśmy miejscowy bar sushi gdzie raczyliśmy się nigiri przyrządzanymi przez tamtejszego mistrza. Po posiłku ruszyliśmy dalej w kierunku kolejnego centrum tym razem przy stacji Shibuya.
Odaiba była spokojnym i sprzyjającym kontemplacji miejscem to wyjście na ulice otaczające Shibuya było przeżyciem całkowicie odmiennym. Ulice wypełnione barwnym tłumem, kłębiącym się miedzy ekskluzywnymi sklepami, barami i klubami. Pomnik Hachiko był ledwo widoczny spomiędzy ludzi. Włócząc się i niejako dając się ponieść tłumowi, chłonęliśmy atmosferę tego miejsca, podziwiając miejscowe kobiety, którym poświęce zapewne jeszcze kilka słów. Tak upłynęła nam reszta wieczoru.
Kiedy zmęczeni dotarliśmy w końcu do hotelu, czekał na nas nasz nowy znajomy Tatsuya, który pełni roli recepcjonisty, a także po godzinach zajmuję się fotografią. Umówiwszy sie z nim na wspólne zwiedzanie w przyszłym dniu udaliśmy się do łaźni, gdzie mogliśmy zmyć z siebie całe zmęczenie i wygrzać się podziwiając panoramę Tokyo jaka rozciąga się z jej okien. Pozostało już tylko wyciągnąć się na futonie i zapaść w sen.
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
Sartin, cóż za kontemplacyjny nastrój:) jakbym Cię nie znała, to bym pomyślała, że ty tak na serio:P
OdpowiedzUsuńJa czasami tak mam, że popadam w kontemplacyjny nastrój, serio serio :)
OdpowiedzUsuń